Za nami trzecie spotkanie Pracowni Zmian. Tym razem o miejscach trzecich. Trochę obawiałem się, że nie dopisze frekwencja, ale przyszło całkiem sporo osób (jak na temat, który nie żyje w społecznej świadomości). Na główne pytanie spotkania nie udało się odpowiedzieć. A brzmiało ono: czy państwo jest w stanie wspierać miejsca trzecie bez zabijania ich spontaniczności? Możliwe jednak, że nie ma na nie dobrej odpowiedzi, bo potencjalne odpowiedzi twierdzące mogą być nie do zaakceptowania przez urzędników. Sama dyskusja była jednak ciekawa i można wyciągnąć z niej kilka wniosków.
- Po pierwsze, dyskurs dot. miejsc trzecich przypomina trochę "białoruską szkołę konserwacji". Zwykle konserwacja dąży do tego, by przywrócić jakiś zabytek do stanu pierwotnego. A jeśli zabytek zawalił się, to przywrócić go do oryginalnej formy używając odpowiednich materiałów i bazując na dokumentacji. Tak by wyglądało jak kiedyś. Białoruska szkoła konserwacji chce natomiast ulepszać zabytki, by wyglądały jeszcze ładniej niż w oryginale. W efekcie często nie przypominają one w ogóle oryginału i tracą coś unikalnego. Podobnie jest z miejscami trzecimi. Oldenburg opisał zjawisko. Wymienił jego cechy. Tymczasem w Polsce część z nich jest całkowicie ignorowana lub interpretowana na modłę "białoruską".
- Po drugie, miejsca trzecie są trochę jak ten zawalony zabytek. Został pusty plac i naturalne jest, że znajdą się tacy, którzy powiedzą, że po co odbudowywać jak można postawić coś nowego. Wysiłek trzeba więc włożyć nie tylko w wytłumaczenie czym faktycznie są miejsca trzecie, ale również w uświadomienie ludziom, że są one ważne.
- Po trzecie, przygotowując się do wczorajszego spotkania uświadomiłem sobie, że za młodu nie miałem swojego miejsca trzeciego. Miałem inne miejsca. W moim liceum działała pracownia ceramiczna - po lekcjach chodziło się tam, rozmawiało, poznawało ludzi z innych klas (zwykle młodszych). W mojej wiosce z kolei nie mieliśmy żadnej "oswojonej" knajpy. Częściej spotykaliśmy się na jednej z ławek przy deptaku zdrojowym. Miejsce trzecie to nie było, ale chwilami pełniło taką rolę. Był też Kościół. A raczej czas po Mszy, kiedy szło się do domu i potem na skrzyżowaniu rozmawiało przez pół godziny zanim każdy poszedł w swoją stronę. Swoje miejsce trzecie miałem dopiero w Tarnowie i to w dodatku podczas drugiego zamieszkania (2014-2019). Była to kawiarnia w Tramwaju, którą prowadzi mój znajomy. Wieczorami można było spotkać te same twarze (bywalcy). Było sporo różnych dyskusji. Miałem nawet swoje miejsce, gdzie zwykle siadałem.
- Po czwarte, dziś miejsca trzecie są jeszcze ważniejsze niż wtedy, gdy Oldenburg pisał swoją książkę. Jeśli chcemy znaleźć skuteczną odtrutkę na smartfonozę to są nią tylko miejsca trzecie. No bo co daje smartfon? Rozmowy, zabawę, informacje, networking, rekomendacje. Wszystko to znajdziemy w miejscu trzecim. W przeciwieństwie do innych miejsc i form spędzania czasu. Owszem, możemy to uzupełniać wydarzeniami, ale one nigdy nie zastąpią miejsca, do którego możemy przyjść codziennie (lub prawie codziennie) po pracy, spotkać kogoś znajomego i oddać się spontanicznej rozmowie.
- Po piąte, w świecie, w którym wszystko musi być zaplanowane, wyzwaniem opowiadania o miejscach trzecich jest odpowiednie uzasadnienie spontaniczności i uchwycenie jej sensu. Ale ta myśl pojawiła się dopiero po wczorajszym spotkaniu, więc argumenty zostaną dopiero wypracowane...



