Wtorek. Z nosem na kwitnę posłałam dzieci do placówek. W sumie tylko dlatego, że sami chcieli. Ja bym po tym szczepieniu wycyganiła dla nich dzień wolny, zwłaszcza wobec gili po pas. No ale chcieli, to poszli, a ja w związku z tym udałam się do biura.
Tuesday. With a long face, I sent the kids off to their facilities. Mostly just because they wanted to go there. After that vaccination yesterday, I would have finagled a day off for them, especially given the knee-deep snot. But oh well, they wanted to go, so they went, and accordingly, I headed to the office.
Poranek był zachwycający. Lubię tę przestrzeń dokoła i poranne mgły unoszące się znad pól. Uroczo. Szkoda, że w domu niebotyczny bajzel, hehe. Po powrocie z pracy zabrałam dzieci na zakupy, potem pół godziny zapewniałam Młodej Dwuletniej Buntowniczce wymagane tulasy, żeby przeszła w tryb domowy (oj, było jakieś 17 awantur), a potem poszłam smażyć kotlety. Po jedzeniu - sprzątanie kuchni i przedpokoju. Liczba rozpakowanych pakunków przeprowadzkowych tego dnia? Może pół ;)
The morning was breathtaking. I love this surrounding space and the morning fog rising from the fields. Charming. Too bad there's a cosmic mess at home, hehe. After returning from work, I took the kids shopping, then for half an hour I provided the Young Two-Year-Old Rebel with the required cuddles to switch her into home mode (oh, there were like 17 meltdowns), and then I went to fry cutlets. After eating—cleaning the kitchen and the hallway. The number of unpacked moving boxes unboxed that day? Maybe half ;)
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io



