scrobble.life
#polish

Dziennik #127/2026 - wstaję

1290go-forest-10399020_1920.jpg

Źródło: Pixabay


Dobry wieczór.

Nie ma co się czarować - bardzo źle zniosłam sobotę i niedzielę. Tyle dobrego, że nic nie odjebałam i w sumie nawet się nie nawaliłam, wypiłam kilka drinków i tyle. Niemniej - to złe, żeby była jasność. Stało się i tyle. Wczoraj cały dzień praktycznie leżałam pod kołdrą i było mi tak kurwa ciężko. Nie wiem kiedy ostatnio wylałam tyle łez, bo ja co do zasady nie płaczę. Dlatego skoro lała się ze mnie fontanna łez to można śmiało przyjąć, że rana, która się we mnie otworzyła była kurwa głęboka, krwawiąca i bolesna. I jest nadal.

Dzisiaj wstałam zdemolowana strasznie. Mentalnie szoruję pyskiem po bruku. Ale to nic. Przejdzie. Temat z matką jest bolesny, rana była jako tako zasklepiona, teraz się otworzyła i trzeba po prostu poczekać aż znów to wszystko się zabliźni. I tyle. Wstałam też z potężnym bólem kręgosłupa. Mogę chodzić, siedzieć i leżeć, ale jakakolwiek próba zgięcia doprowadza mnie do kurewskiego bólu. Normalnie pewnie bym się wściekła, że znowu niedomagam, ale już mi się nawet nie chce denerwować.

Wzięłam się dzisiaj za bary z jedzeniem. Na siłę, na chama, ale walczymy. Poszłam na zakupy, zjadłam śniadanie, zrobiłam i zjadłam obiad [na trzy podejścia, ale zjadłam] i już wbiłam w Fitatu kolację. Jestem w kompletnej rozsypce, więc muszę się ratować moimi zasobami, a moim potężnym zasobem jest umiejętność totalnego zdyscyplinowania się i na tym będę teraz bazować. Plan - realizacja, plan - realizacja. Muszę wziąć sama siebie za mordę, bo psychicznie jestem w takim stanie, że jak nie podejmę działań to skończy się źle. A nie skończy się źle. Mam dla kogo żyć.

Nie czuję się dobrze, ale próbuję utrzymać się w pionie. Dzisiaj chyba pierwszy raz w tym roku zjadłam trzy posiłki dlatego i tak sobie przybiję piątkę za ten dzień. Przeżyłam i to przeżyłam w pionie. I to najlepsze podsumowanie tego dnia.

Do jutra.

Comments

No comments yet — be the first.