scrobble.life
#polish

Wersje przyszłości, które sobie wyobrażałam i których nie będzie

Pięć lat. Od października do października. I co mi po tej miłości?

fc61c678-d4a1-4b18-97b3-b654ea06b8d4.jfif

Są takie chwile, kiedy człowiek siada i próbuje zrozumieć, w którym momencie zgubił samego siebie. Kiedy przestaje pytać, dlaczego ktoś go tak potraktował, a zaczyna pytać, dlaczego sam pozwalał na to przez tak długi czas.

Dziś jestem właśnie w tym miejscu.

Pięć lat. Równe pięć lat. Od października do października. Pięć lat mojego życia, które chciałabym teraz cofnąć, choć wiem, że się nie da. Pięć lat miłości, nadziei, czekania, wybaczania i kolejnych szans. Pięć lat wiary, że może tym razem będzie inaczej. Że może wreszcie coś zrozumie. Że może jednak kocha. Że może się stara, tylko nie potrafi tego pokazać.

Jak bardzo trzeba być ślepym, żeby tak długo wierzyć?

Jak bardzo trzeba chcieć, żeby coś się udało, żeby ignorować wszystko, co od dawna krzyczy, że to nie ma sensu?

Ile razy można podnosić kogoś, kto nawet nie próbuje wstać sam?

Mój Piotruś Pan. Wieczny chłopiec, który potrafi godzinami opowiadać o sobie, swoich przemyśleniach i tym, jak powinien wyglądać świat. Świat, który z jego perspektywy wymaga naprawy niemal w każdym calu. Wszystko jest źle. Wszyscy robią źle. Wszyscy są winni. Każdy ma coś do poprawienia.

A on?

On siedzi w swoim rozwalającym się fotelu i naprawia świat słowami. Z flaszką w dłoni, bo przecież ona zawsze jest pod ręką. Najwierniejsza towarzyszka, najlepsza koleżanka, pocieszycielka, która nigdy nie zadaje trudnych pytań i nie wymaga odpowiedzialności.

Do wyborów nie pójdzie, bo przecież to nie ma sensu. Nie będzie próbował niczego zmieniać, bo przecież i tak nic od niego nie zależy. Nie weźmie odpowiedzialności, bo zawsze znajdzie się jakieś „ale”.

Ale krytykować? To potrafi doskonale.

Wymagać od świata? Bez końca.

Wymagać od siebie? Tu zaczynają się schody.

I ja przez pięć lat próbowałam uwierzyć, że pod tym wszystkim jest ktoś, kto potrafi kochać. Ktoś, kto w końcu odłoży wszystkie wymówki, weźmie życie we własne ręce i pokaże, że słowa mają jakiekolwiek pokrycie w czynach.

Może czasami nawet widziałam tego człowieka. A może widziałam tylko to, kim chciałam, żeby był.

Bo czym właściwie jest miłość człowieka, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności nawet za własne życie? Który obiecuje, zawodzi, a potem zachowuje się tak, jakby wszystko powinno wrócić do normy? Który ma zawsze jakieś wytłumaczenie, ale nigdy nie ma prawdziwej zmiany?

Dzisiaj coraz trudniej mi odróżnić miłość od złudzenia. Może to, co brałam za miłość, było jedynie moją nadzieją. Moim pragnieniem, żeby wreszcie zostać wybraną naprawdę. Żeby ktoś zobaczył, ile daję, i zechciał dać coś równie prawdziwego w zamian.

A może miłość zniknęła gdzieś pomiędzy kolejną butelką, kolejną obietnicą i kolejnym rozczarowaniem. Może próbowałam budować coś trwałego na fundamencie, który od początku się rozpadał.

Najbardziej boli jednak nie tylko to, co zrobił on.

Boli to, co zrobiłam sama sobie.

Te wszystkie razy, kiedy mówiłam sobie, że jeszcze jedna szansa nic nie kosztuje. Kiedy usprawiedliwiałam zachowania, które mnie raniły. Kiedy zamiast zapytać, czy jestem szczęśliwa, zastanawiałam się, jak jeszcze mogę mu pomóc. Kiedy wierzyłam w jego potencjał bardziej niż w to, co rzeczywiście pokazywał.

Jak można być tak głupią?

To pytanie wraca do mnie jak przekleństwo. Jak mogłam tak długo nie widzieć? Jak mogłam wciąż wierzyć, że tym razem będzie inaczej? Jak mogłam oddawać kolejne kawałki siebie, czekając na coś, co być może nigdy nie miało nadejść?

I wiem, że to niesprawiedliwe, że sama siebie tak oskarżam. Wiem, że człowiek, który kocha, nie zawsze potrafi odejść wtedy, kiedy powinien. Że nadzieja potrafi trzymać mocniej niż rozsądek. Że nie odchodzi się łatwo od kogoś, z kim zbudowało się tyle wspomnień i tyle wyobrażeń o przyszłości.

Ale dzisiaj nie umiem jeszcze być dla siebie łagodna.

Dzisiaj czuję przede wszystkim żal.

Żal tych pięciu lat. Żal źle ulokowanej miłości. Żal wszystkich chwil, które mogły wyglądać inaczej. Żal energii, którą wkładałam w ratowanie czegoś, czego nie da się uratować w pojedynkę.

I żal do siebie. Za ślepotę. Za naiwność. Za to, że tak długo pozwalałam nadziei zagłuszać rzeczywistość.

Nie piszę tego, żeby udowodnić, że jestem silna. Nie jestem dzisiaj silna. Nie piszę też dlatego, że już wszystko rozumiem i potrafię zamknąć ten rozdział z pięknym uśmiechem na twarzy.

Piszę, bo nie mam już gdzie pomieścić tych emocji.

Bo czasami człowiek musi przestać udawać, że daje radę. Musi wyrzucić z siebie złość, rozczarowanie, wstyd i ten cholerny smutek, który ściska gardło, kiedy dociera do niego, ile czasu minęło.

To jest moja spowiedź. Nie po to, żeby ktoś mnie oceniał. Nie po to, żeby ktoś powiedział mi, co powinnam była zrobić pięć lat temu.

Piszę, bo chcę wreszcie usłyszeć samą siebie.

Przez pięć lat tak bardzo chciałam wierzyć w kogoś innego, że chyba przestałam słuchać własnego serca, kiedy próbowało mi powiedzieć, że coś jest nie tak.

Październik. Początek i koniec. Pięć lat zamkniętych pomiędzy dwoma październikami.

Nie odzyskam tego czasu. Nie cofnę swoich decyzji. Nie sprawię, że wszystkie te nadzieje nagle nabiorą sensu.

Mogę tylko spróbować wyciągnąć z tego jakąś prawdę.

Może tę, że miłość nie polega na czekaniu, aż ktoś wreszcie stanie się człowiekiem, którego w nim widzimy. Że nie można kochać za dwoje, starać się za dwoje i brać odpowiedzialności za dwoje. Że obietnice bez czynów są tylko słowami, a nadzieja nie zastąpi rzeczywistości.

I że czasami największą stratą nie jest utrata człowieka.

Jest nią utrata siebie, kiedy zbyt długo próbujemy go zatrzymać.

Dzisiaj nie mam mądrego zakończenia. Nie mam złotej myśli, która uleczy wszystko, co boli. Mam tylko ten cholerny żal i świadomość, że pięć lat już nie wróci.

I może właśnie od tego muszę zacząć.

Od przyznania, że boli.

Że jestem rozczarowana.

Że jest mi źle.

Że kochałam i wierzyłam, nawet kiedy powinnam była przestać.

Pięć lat. Od października do października. Cholernie dużo czasu, żeby uwierzyć w kogoś. I wystarczająco dużo, żeby w końcu zacząć pytać, gdzie przez ten cały czas byłam ja. Wiem. Żałosne. I co mi zrobisz? Nie musisz czytać. Pisanie pomaga.

Comments · 1

  • @sk1920(75)· 15d

    To bardzo dobre miejsce na wyrzucenie z siebie emocji. Witaj ponownie.