
Mój urlop się kończy, więc żeby uprzyjemnić sobie powrót do pracy, postanowiłem zakończyć go ważnym dla mnie seansem - nowym filmem z uniwersum "Mobile Suit Gundam". Mój stosunek do tego filmu zmieniał się na przestrzeni czasu - gdy go ogłoszono, to bardzo się cieszyłem, rok przed premierą byłem sceptyczny, a w trakcie seansu było podobnie - pierwsza połowa bardzo mi się spodobała, druga mniej. Nie uważam tej produkcji za słabą, określiłbym ją raczej jako umiarkowane rozczarowanie. Zabrakło mi jakiegoś mocnego uderzenia na koniec, trochę też mi przeszkadzało zbyt duże podobieństwo, jeśli chodzi o styl rysowania do "Gundam Unicorn", któremu daleko do mojej ulubionej serii z tego uniwersum. Nie uważam, że Unicorn jest zły - po prostu za bardzo mnie znudził i nie dostrzegłem w nim nic, co by mnie zaciekawiło. Nim przejdę do samej recenzji, to parę słów o chronologii wydarzeń. Wg MyAnimeList, "Mobile Suit Gundam: Hathaway's Flash" jest kontynuacją "Mobile Suit Gundam NT", ale moim zdaniem możecie go zignorować, tak jak wcześniejszą serię i traktować go jako kontynuację "Char's Counterattack". Jeśli zależy Wam jednak na oglądaniu w kolejności chronologicznej, to oglądajcie tak Gundam Origin -> Mobile Suit Gundam -> Gundam Zeta -> Char's Counterattack -> Gundam NT.


Fabuła opowiada o wydarzeniach, które mają miejsce 12 lat po rebelii Chara Aznable'a. Nie pamiętam dokładnie szczegółów, ale jeśli się nie mylę, to ten chciał zrzucić na Ziemię meteoryt (czy raczej, przekierować meteoryt w kierunku Ziemi), by ludzie w końcu ją opuścili na tysiące lat i pozwolili planecie się zresetować. Jego plan zawiódł, a na jego miejscu pojawili się następcy. Jednym z nich jest Hathaway Noa, syn Brighta Noa, bohatera Wojny Jednorocznej (walki między konglomeratem kosmicznych kolonii, a Ziemią i podległymi im koloniami). Ten pragnie kontynuować dzieło Chara i wyrzucić wszystkich Ziemian w kosmos. Oczywiście ludzie jak to ludzie, są uparci, krótkowzroczni, generalnie niechętni do tego, aby zmienić swoje miejsce zamieszkania lub przyzwyczajenia. Dlatego Hathaway postanawia działać jak terroryści i chce wyrzucić wszystkich siłą. Morduje ministrów, włamuje się do mediów, atakuje rządy etc. W sumie częściowo mu się nie dziwię, pomijając brak stabilizacji, kolejne wojny, drastycznie rosnące zanieczyszczenie i coraz gorszy stan naszej planety (zakazano np. łowienia ryb), to politycy stali się jeszcze bardziej cyniczni, chętnie biorą łapówki, dzięki którym załatwiają kartę stałego pobytu mieszkańcom naszej planety. Generalnie ich kurestwo weszło na kosmiczną skalę.


Jeśli chodzi o postacie, to trochę mi przeszkadzało to, że nie było Amuro Raya lub innych, znanych nam bohaterów, ale wraz z każdą sceną przekonywałem się coraz bardziej do trójki bohaterów. Zwłaszcza, gdy na pewnym etapie pozwolili sobie na krótki, ale dość bezpośredni "wątek romantyczny". Czy raczej Gigi, która próbowała kilku sposobów, by zaprosić Hathawaya do niegrzecznych sytuacji w jej łóżku i Slega, który chciał dostać zaproszenie do jej sypialni i pozbawienia jej majtek. Może za rzadko oglądam anime z elementami flirtu i erotyki, ale niewiele razy widziałem takie coś. Po raz ostatni widziałem coś zbliżonego (choć to też co innego, chodzi mi o bezpośredniość dialogów, czy niektórych scen) w "Rainbow", gdy starsza MILF kochała się z jednym z bohaterów. Podobało mi się, lubię takie bezpośrednie, szczere dialogi lub sceny, w których reżyser i animatorzy nie muszą ugrzeczniać treści. No i poza tym segmentem, to nie znalazłem nic, co by mi się u nich podobało. Na pewnym etapie historii odczuwałem wobec nich sympatię, ale nie byli jej w stanie utrzymać. Pod koniec filmu i tuż po nim, mam kompletnie w dupie ich jako postacie, bo póki co nie pokazali nic interesującego. Albo inaczej, podobało mi się kilka rzeczy, ale było ich zdecydowanie za mało bym mógł ich pochwalić.

Żeby nie było, że narzekam, to bardzo podobała mi się ścieżka dźwiękowa. Nie jest to mój ulubiony "Gundam" w tej materii, ale pomijając 2 lub 3 tytuły, to żaden "Gundam" nie miał soundtracku, który by mi się aż tak podobał! Powiem więcej, ścieżka dźwiękowa była jednym z dwóch elementów, które sprawiły że obejrzałem film podczas jednego posiedzenia, a nie oglądałem go 2 raty. Słucha mi się jej wyjątkowo przyjemnie przy pisaniu tego tekstu, a podczas seansu stworzyła atmosferę, która kupiła moją uwagę. Drugi aspekt, to sceny akcji, a konkretniej dwie - wstęp filmu i potyczkę między Wielkimi Robotami w mieście. Krew spływająca po ścianie po tym, jak odstrzelono człowiekowi głowę była dla mnie zaskakująco pozytywna. Co prawda nie było jakiś naprawdę ostrych scen, ale krew, ranne ciała są dla mnie wystarczające, szczególnie jak się do tego doda dobrą reżyserię i dynamikę akcji. Ta scena i walka w mieście, dały mi nadzieję na to, że to będzie naprawdę efektowny film... Niestety, nie było to show, które mógłbym ocenić na 9/10 za akcję itd. ale daleko też temu do tragedii. To idealny film na niedzielę, ale nie oglądałbym tego z kimś, kto nie lubi Japońskich kreskówek. Znam lepsze propozycje, ale dla fanów? Moim zdaniem, w sam raz, zrelaksujecie się na wieczór. Kreska, jak już mówiłem, nie podoba mi się, ale nie mam nic do zarzucenia. CGI wygląda całkiem ok, ale nie zrobiło na mnie wrażenia, aczkolwiek w tej kwestii weźcie poprawkę na to, że się na nim nie znam.

Reasumując, spodziewałem się, że ten film będzie lepszy, ale z drugiej strony nie jest źle. To w sumie dobre show, które całkiem nieźle nadaje się na wieczorny relaks. Akcja jest całkiem ok, jest na co popatrzeć, a fabuła mimo moich narzekać, również jest ok. Mimo wszystko zalecam jednak obejrzeć kilkuodcinkowy "Gundam the Origin", bo lepiej wprowadzi Was w ten świat (oraz jest lepszy pod każdym względem). Jeśli chodzi o moją ocenę, to daję 7/10.