
Czekałem na ten film. Nie była to najbardziej oczekiwana przeze mnie produkcja, ale studio Ghibli wyrobiło sobie renomę wieloma, co najmniej dobrymi filmami. Jak kilkukrotnie pisałem, nie jestem ich fanem, ale wiem że mogę oglądać ich filmy bez recenzji krytyków (z wyłączeniem moich dwóch kumpli, którzy są fanami tego studia - pozdrawiam Was, Kamil i Karol). Nawet jeśli mi się on nie spodoba, to będzie miał ciekawą tematykę, interesujące postacie, wątki lub fabułę skłaniającą do przemyśleń. Ewentualnie będzie po prostu dobrym i ładnym show - w końcu określenie "Japoński Disney" nie wzięło się znikąd. Niestety, ten film jest nudny, ma nieciekawe postacie, nie oferuje nic fajnego... No chyba ze to moja wina, bo w 2 połowie zasnąłem i wg Asi nie warto tego kontynuować. Aż chciałoby się zrobić mema ze starym Miyazakim, który po raz 666 wraca z emerytury. Tzn. nałożyć jego buzię na twarz Thanosa chwytającego za rękawicę, który mówi "Zajmę się tym osobiście".

Nie będzie to długi tekst ani recenzja - nie chce mi się go kontynuować ani tym bardziej pisać zbyt długo o nim. Co prawda nie była to tragedia, jak "Sailor Moon: Eternal" (oceniłem go w sumie pozytywnie mimo wielu narzekań) lub żenująco słaba produkcja, przy której moja dziewczyna narzekała od początku, ale szczerze wątpię bym ocenił ją na 7/10. Fakt, początkowo narzekała że nic się nie dzieje, ale jak pojawił się kot Thomas, to poziom nieco wzrósł. Jednak nie na tyle, bym chciał dokończyć drugą połowę filmu.

Film jest na podstawie książki autorstwa Diany Wynne Jones o tym samym tytule. Nie znam jej, ale mój kumpel Kamil przeczytał ją i powiedział, że można to zrobić w niecałą godzinę. Nie pytałem go o to, jak wierna jest to adaptacja, ile Ghibli dodało od siebie treści i czy czuć przeciąganie względem książki, więc nie wiem czy to wina książki, czy Goro Miyazakiego (syna tego uznanego, wybitnego japońskiego reżysera i producenta). Książka ma podobno 128 stron, a film trwa około nieco ponad 80 minut. Nie sprawdzałem, ile trwa faktyczny obraz z wyłączeniem napisów końcowych i ciekawego wizualnie, stylistycznie i muzycznie openingu, którego niestety nie mogę pozytywnie ocenić - IMO był słaby i zdecydowanie za długi. Może gdyby był krótszy, to zmieniłbym zdanie, ale on się ciągnął i ciągnął... Wracając, nie znam się na adaptacji książek w tej materii, więc nie wiem, czy 128 stron treści wystarczy na powiedzmy 70-75 minut w przypadku tej formy sztuki. Uważam natomiast, że film był zbyt nudny i można było go nieco przyspieszyć - pokazać to samo, ale w 60 minut.


Nie interesowało mnie nic, fabuła, postacie, magia. Jest w tym kilka dobrych pomysłów (sama magia, dość ciekawa, Thomas był całkiem sympatyczny, elementy muzyczne, które lubię oglądać w różnych dziełach), ale będąc szczerym - story-telling jest lepszy w przypadku tych chińskich filmów animowanych, które recenzowałem z 8 miesięcy temu na blogu. Serio, tamtym filmom co prawda brakowało umiejętności i możliwości Ghibli, ale oglądało mi się je znacznie przyjemniej. Nawet jeśli postacie były kliszą z kliszy (a zazwyczaj były), to jakkolwiek mogłem się z nimi zżyć emocjonalnie i działały w ramach tej jednej produkcji, mimo że nie mam zbyt wielu rzeczy, za które je mógłbym pochwalić. To samo w przypadku scenariusza, który nie miał mi nic ciekawego do zaoferowania. Może jestem zbyt krytyczny i dostanie mi się po głowie od fanów Ghibli, no ale... No mówię szczerze.

Jeśli chodzi o animację, kreskę, CGI, muzykę etc. to cóż... Znowu się narażę fanom Ghibli, ale TMS zrobił to jak dla mnie znacznie lepiej w "Lupin the Third: The First". Fakt, tamten film też miał parę wad, zrobił niektóre elementy słabiej niż inne, ale reszta nadrabiała. Pomijając fabułę i pokazanie niektórych postaci (bo niektóre pokazano bardzo słabo i pobieżnie), to akcja była bardzo ładna. Tak, tamta animacja i kreska miała aspekty, które nie radziły sobie tak dobrze, ale... Wszystko płynnie się ruszało, częściej wywoływało pozytywne emocje, było w tym DUŻO serca (jak w najlepszych filmach Ghibli), a najlepsze sceny Lupina, zwłaszcza ta z przechodzeniem przez jedną pułapkę, po prostu zrobiły naprawdę DOBRE wrażenie. Nawet jeśli niektóre sceny wyglądały słabo + fabuła i postacie niekiedy nie domagały (jak w anime Ghibli), to zalety przykrywały te niedostatki. Polecam, nie jest to najlepszy "Lupin", ale na pewno jest to jeden z najlepszych punktów startowych, jakie znam. Ok... Bo się zagadałem jakby to był tekst o "Lupinie". Częściowo mogę im to wybaczyć, bo to pierwszy ich film wykonany w technologii CGI, ale nie mogę ich pochwalić. Po prostu wyszło dobrze, ale jak dla mnie nieco rozczarowująco.

Reasumując, nie jest to tragiczna produkcja i spokojnie możecie obejrzeć, jeśli Wasze dziecko rozumie napisy (bo Netflix nie oferuje zbyt wielu ścieżek dźwiękowych), to możecie oglądać. To nadal dobry film i jeśli Waszemu dziecku (lub jakiemuś, którym się opiekujecie) nie przeszkadza język japoński, to możecie obejrzeć. Robi to w końcu Ghibli, którzy raczej nigdy nie wypuścili słabego filmu. Być może spodobają się dzieciom emocje, miny dzieci, wiedzma, kot, kupi ich ciekawa stylistyka lub parę innych rzeczy. Tak samo może i Wam, jeśli nie przeszkadza Wam baśniowość utworu i tego typu klimaty. Mi nie przeszkadzają, ale nie mogę ocenić tego filmu powyżej 7/10. Dla mnie to takie +6/10. Niech stary Miyazaki wróci i zrobi film, który rozpierdoli w Box Office "Demon Slayer: Mugen Train".