Gdybyś miał gazrurkę i DeLoreana w garażu, to kogo byś odwiedził w przeszłości?
Istnieje w powszechnej świadomości dział czarnych charakterów historii: masz tam watażków, dyktatorów, szalonych wodzów i ojców narodu. Znasz te twarze z podręczników i youtube’a. Ale rzadko kiedy stawia się pomnik człowiekowi, który nie machał szabelką. Człowiek ten po prostu siedział przy biurku, palił cygaro, uśmiechał się szeroko i z anielskim spokojem wymyślał kolejne sposoby na powolne, ale niezwykle skuteczne uduszenie oraz usmażenie błękitnej planety.
Mowa o Thomasie Midgleyu Jr. – absolutnym mistrzu świata w psuciu Ziemi.
Kiedy miłośnicy science-fiction zastanawiają się, kogo skasować wehikułem czasu – Hitlera, Stalina czy może tego typa, co wymyślił wuwuzelę – odpowiedź powinna być brutalnie prosta. DeLorean powinien pędzić 88 mil na godzinę prosto w gabinet Thomasa Midgleya, żeby w porę zniszczyć mu biurko i ołówek. Hitler to przy nim rzemieślnik amator. Stalin co najwyżej zepsuł kilka państw i zmarnował pokolenie ludzi. Mao Tse-tung zagłodził 40 do 80 milionów swoich obywateli. Mało? Midgley osobiście i własnoręcznie skaził całą stratosferę oraz zapuścił ołowiane korzenie w mózgu każdego człowieka urodzonego w XX wieku.
Wynalazek Pierwszy: Paliwo z Ołowiem - czyli jak ogłupić całą planetę. Wszystko zaczęło się w latach dwudziestych, kiedy silniki spalinowe stawały się popularne, ale miały jedną wadę: stukały. W sensie - pukały w cylindry tak głośno, że inżynierowie nie wyjmowali zatyczek z uszu.
Wtedy na białym koniu wjechał nasz szkodnik z korporacji General Motors i odkrył, że jak do benzyny doda się odpowiednią dawkę czteroetylu ołowiu, silnik cichnie, a auto jedzie gładko. Mały problem: ołów to metal ciężki, toksyczny neurotoksyna, która w kontakcie z ludzkim organizmem robi z mózgu purée, obniża IQ, wywołuje agresję i ogólnie zamienia cywilizację w gigantyczny zakład zamknięty o zaostrzonym rygorze. Co zrobił Midgley? Kiedy robotnicy w fabryce zaczęli dostawać drgawek, halucynacji i umierać w męczarniach, a sam Thomas lekko zatruł się ołowiem podczas konferencji prasowej (podczas której – uwaga – polewał sobie ręce tą substancją i wciskał ją pod nos, udając, że jest bezpieczna), zignorował to z uśmiechem korporacyjnego szefa. Dzięki niemu przez dekady miliony ton ołowiu krążyły w powietrzu, którym oddychały dzieci bawiące się na podwórkach. Cała ludzkość XX wieku miała lekko podtrute głowy, a statystyki przestępczości skakały w górę dokładnie tak, jak stężenie ołowiu przy drogach. Genialne, prawda? W Polsce benzyna ołowiowa (popularna etylina 94 i 98) była powszechna przez całe lata 90. Jej produkcję i sprzedaż ostatecznie zakończono 1 stycznia 2005 roku. Jest szansa że mógłbyś być trochę lżejszy gdybyś za młodu nie wdychał tego świństwa.
Wynalazek Drugi: Freon - zamach na ozon. Skoro Midgley miał już na koncie zablokowanie rozwoju intelektualnego ludzkości o jakieś kilka punktów procentowych, postanowił zająć się czymś mniejszym. Na przykład dziurą ozonową. W latach trzydziestych lodówki były napędzane takimi substancjami jak amoniak czy chlorometan, które czasami wybuchały w kuchniach i zabijały całe rodziny. Rynek potrzebował czegoś bezpiecznego, niepalnego i stabilnego. Midgley wpadł na genialny pomysł: chlorofluorowęglowodory (CFC), znane powszechnie jako freony.
Podczas legendarnej prezentacji przed Amerykańskim Towarzystwem Chemicznym Midgley wdychał te gazy, a potem... dmuchał nimi na zapaloną świeczkę, żeby udowodnić, że są całkowicie bezpieczne. Świat oszalał z zachwytu. Lodówki i dezodoranty zyskały nowy gaz. Mały problem polegał na tym, że freony, raz wypuszczone w powietrze, wędrowały w stratosferę, gdzie z uśmiechem na ustach niszczyły warstwę ozonową chroniącą Ziemię przed zabójczym promieniowaniem UV. Thomas zdemolował tarcze ochronne całej planety za pomocą spreju do włosów, dezodorantu i lodówki. Świat odkręcał freony do późnych lat 90-ch. Więc cóż, to nie tylko wina Thomasa.
Karma w akcji. Najdziwaczniejsze w historii tego człowieka jest to, jak zakończył swój żywot. Kiedy w późniejszych latach zachorował na polio i został sparaliżowany, jego inżynierski umysł nie potrafił usiedzieć w miejscu. Skoro człowiek ten przez całe życie konstruował wynalazki uśmiercające na raty, to i śmierć musiał sobie zaprojektować po swojemu.
Skonstruował skomplikowany system lin, krążków i przeciwwag, który miał mu pomagać w podnoszeniu się z łóżka bez wysiłku opiekunów. Był to sprzęt tak genialnie przekombinowany, tak bardzo w jego stylu, że pewnego pięknego dnia 1944 roku system ten po prostu postanowił go udusić. Midgley zginął we własnym łóżku, zaplątany w sznury machiny, którą sam wymyślił.
Niektórzy spekulują, że to było samobójstwo wywołane depresją z powodu zatrucia ołowiem, inni że (nie)szczęśliwy wypadek.




