
Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Liżę rany. Nie te fizyczne, ręka zaklejona, wyjebane. Psychiczne. Siedzę w ciszy, opatuliłam się kocem pomimo tego, że na dworze jest milion stopni i próbuję złapać równowagę psychiczną. To, co się wydarzyło w moim życiu w ostatnim czasie jest.. trudne, bardzo trudne, ale do ogarnięcia. Nie wiem jak. Naprawdę nie wiem jak. Nie wiem czy kiedyś byłam na takim dnie psychicznym. Potrzebuję, żeby mnie ktoś przytulił i dał nadzieję, że jeszcze pojawi się słońce. Potrzebuję wykrzesać z siebie resztki sił do walki o zdrowie psychiczne i życie. Ogarnę to.
W tym szaleństwie ostatnich miesięcy kiedy próbowałam utrzymać się na powierzchni podjęłam bardzo dużo złych decyzji zwłaszcza co do osób, którymi się otaczałam. Goniłam za tym wariactwem, bo dawało mi to iluzję ucieczki od przytłaczającego syfu, który mam w głowie. Iluzję, bo gdy zostawałam sama i tak wszystko wracało i to ze zdwojoną siłą.
Weekend sobie popłaczę, poużalam się, poprzytulam do koca i psa, a od poniedziałku jakoś to będzie. Przecież kurwa musi.. Mniej więcej od grudnia 2025 jestem w epizodzie depresyjnym i jestem już troszkę zmęczona, tak po ludzku.. Ale jakoś to ogarnę. Tylko dzisiaj po prostu chcę nie czuć, nie myśleć i zniknąć pod kocem i tyle..
Do jutra.



