
Jedziemy dalej z "The Great Good Place". Pora na rozdział 11 pt. "Wrogie środowisko".
- Miejsca trzecie to najczęściej stare struktury. (...) Kółko dyskusyjne wokół baryłki z krakersami w starym wiejskim sklepie nigdy nie uważało za swój obowiązek budowania ani finansowania publicznej strefy wypoczynku. Ci szorstcy współwyznawcy po prostu podstępem wdarli się do przestrzeni zaprojektowanej do zupełnie innych celów. Małomiasteczkowi aptekarze nie poczuwali się do obowiązku zapewnienia głównego miejsca schadzek dla lokalnej młodzieży – to po prostu tak wyszło. Krzesła w poczekalni, które musiał oferować cyrulik, nie były przeznaczone dla osób niebędących klientami, ale często to było ich główne zastosowanie. Lokalna poczta nie była otwarta przez całą dobę, by umożliwiać mieszkańcom pogawędki i wymianę informacji, ale została do tego celu zawłaszczona tak samo, jak do każdego innego. Kawiarnie hotelowe istniały dla gości, ale często najczęściej korzystali z nich i polegali na nich – choć niekoniecznie byli najbardziej doceniani – lokalni mieszkańcy.
- Część problemu polega więc na tym, że Amerykanie przyzwyczaili się zakładać, iż miejsca do nawiązywania kontaktów i zrzeszania się w jakiś naturalny sposób po prostu tam będą... w przeciwieństwie do kultur, które dbały o to, by rozmieścić wystarczająco dużo Biergärten czy bistro, aby scalić miejskie społeczności w zbiorowe życie. We współczesnej Ameryce miejskiej przyjazne, publiczne miejsca spotkań należą do rzadkości. Tu i ówdzie garstka mieszkańców miasta może odnaleźć poczucie wspólnoty, często ku swojemu zaskoczeniu, w pralni samoobsługowej.
- Tam, gdzie kiedyś były miejsca, teraz znajdujemy niemiejsca. W prawdziwych miejscach istotą jest człowiek – jednostka wyjątkowa i posiadająca charakter. W niemiejscach indywidualność znika. W niemiejscach charakter jest bez znaczenia, a człowiek staje się jedynie klientem lub kupującym, pacjentem, ciałem do usadzenia, adresem do wystawienia rachunku, samochodem do zaparkowania.
- Takie miejsca rzadko są doceniane tak bardzo, jak na to zasługują, dopóki wciąż działają. Kiedy jednak takie miejsce spłonie, przypomina to śmierć umiłowanego, pierwszego obywatela. Społeczność nie wydaje się już taka sama; znaczna część jej charakteru i uroku wydawała się zależeć od tego miejsca. Przedstawiłem tę myśl kilka lat temu podczas wykładu, a niedługo potem dokładnie takie miejsce zostało tymczasowo zamknięte z powodu pożaru. Kobieta, która słuchała tamtego wystąpienia, zadała sobie trud, by skontaktować się ze mną w sprawie tego incydentu. „Boże, to jest jak śmierć” – powiedziała. „Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo liczyliśmy na to, że będziemy tam chodzić i że ono tam po prostu będzie”.
- Irytuje mnie, gdy ci, z którymi rozmawiam na ten temat, spychają miejsca trzecie do przeszłości. „Och” – mówią – „masz na myśli coś w rodzaju dawnej osiedlowej tawerny albo nasycalni wody sodowej, która była w aptece”. Mają oczywiście więcej racji niż błędu. Miejsce trzecie należy do przeszłości w tym sensie, że większość z nich znajduje się „w gruzach” dawnego porządku. Moja odpowiedź jest już dobrze przećwiczona i brzmi tak: Nie chcemy przeszłości. Nie możemy mieć przeszłości. Nie potrzebujemy przeszłości. Potrzebujemy miejsc!
- Poszatkowane miasto jest wrogie wobec miejsca trzeciego, ponieważ odbiera mu niezbędną bliskość między lokalem a jego użytkownikami.
- Kiedy lekarz opuszcza osiedle i przenosi się do centrum medycznego oddalonego o sześć kilometrów, człowiek nadal może otrzymać niezbędną usługę medyczną. Kiedy rodzinny sklepik spożywczy kończy działalność, nadal można kupić niezbędną żywność w supermarkecie dwa kilometry dalej przy alei. Ale kiedy tawerna zostaje usunięta z narożnika ulicy i wyrzucona na peryferyjną trasę, jej podstawowy charakter zostaje utracony. Kiedy miejsca spotkań są usytuowane zbyt daleko od domu, stały klient nie zna już pozostałych twarzy. To, co powinno być tętniącym życiem zgromadzeniem, łatwo staje się nawiedzonym miejscem dla żywych trupów.
- Być może dlatego, że Ameryka jest światowym czempionem zarówno w osiąganiu, jak i eksportowaniu modernizacji, jej mieszkańcy przeoczają jedną z jej głównych konsekwencji. Jest nią przekształcenie tradycyjnie darmowych form publicznej rozrywki w coś, co cenowo jest zaporowe – przynajmniej na co dzień – dla większości ludzi. Chleb i igrzyska, które udobruchały dawnych obywateli Rzymu, obejmowały przynajmniej darmowe igrzyska. Amerykańska masa średnia jest łagodzona w bardzo podobny sposób, ale wstęp do naszych aren jest daleki od darmowego.
- Miejsca trzecie charakteryzują się tym, że zarabiają na sprzedaży kawy, pączków, kanapek, piwa, wina, alkoholi wysokoprocentowych, napojów bezalkoholowych i różnorodnych przekąsek. Koszty tych dóbr rosną i muszą być przenoszone na klientów, przynajmniej w części. Porzuciwszy tawerny, w których jako młody człowiek spotykał się z przyjaciółmi, pewien mieszkaniec Wisconsin w średnim wieku powiedział mi: „Mogę zrobić drinka w domu i zrobić go taniej niż w jakimkolwiek barze w mieście”. Oczywiście. Każdy potrafi. Ale mało kto odwiedzałby tawerny, gdyby chodziło wyłącznie o picie. Jeśli w ogóle jest jakiś sens w miejscu trzecim, to taki, że oferuje ono o wiele więcej niż tylko filiżankę kawy czy szklankę piwa. Pod tym względem trudno byłoby oddać sprawiedliwość dobrym tawernom, gdybyśmy nie opisali sposobu, w jaki są one w stanie zaoferować gwarancję na inwestycję klienta. Klient wchodzi do tawerny. Jeśli zastanie ją pustą lub w inny sposób nieatrakcyjną, może się odwrócić i wyjść, nie wydając ani grosza, albo kupić symboliczne lane piwo i odejść. Jeśli jednak dobrze się bawi, może zostać dłużej i kupić drugiego, a może nawet trzeciego drinka. Podczas ich konsumpcji zapewniono mu chłodne miejsce w lecie lub ciepłe w zimie. Klient ma towarzystwo i rozmowę, toaletę, gdyby jej potrzebował, a ogólnie – domowe i komfortowe miejsce do relaksu. Istnieje bezpośrednia odpowiedniość między jakością doświadczenia, jakie lokal ma do zaoferowania, a ilością pieniędzy, jaką jednostka w nim wyda. A ta inwestycja, zawsze stosunkowo niewielka, kończy się dokładnie w tym momencie, w którym korzyści maleją lub wzywa obowiązek. Dobra tawerna będąca miejscem trzecim pozostaje jedną z najlepszych okazji dostępnych w domenie publicznej... jeśli tylko uda ci się taką znaleźć.
Rozdział 12 poświęcony jest płciom.
- Większość najlepszych trzecich miejsc to oazy albo mężczyzn, albo kobiet – ale rzadko jednych i drugich naraz.
- Kobiety żałują wydawania pieniędzy na jedzenie i napoje dla siebie samych. Kobiety są przyzwyczajone do tego, że to mężczyźni płacą; miały też mniej pieniędzy niż mężczyźni. (...) Nawet dzisiaj wyjście dwóch lub więcej zamężnych kobiet na drinka czy lunch jest większym „wydarzeniem”, niż miałoby to miejsce w przypadku ich mężów. [Moim zdaniem to mocno się zdezaktualizowało. Mijając kawiarnie mam wrażenie, że jest w nich więcej kobiet. Dziś kobiety częściej bywają w miejscach, ale problem w tym, że nie są to dla nich miejsca trzecie.]
- Gordon dostrzega, jak bardzo zaloty, wybór partnera i bieg małżeństwa przestały obchodzić kogokolwiek poza samą parą. Współczesny duet nie podlega już „względom religijnym, finansowym, wspólnotowym czy rodzinnym”. Odrzucając wszelkie naciski z zewnątrz przy wyborze partnera i niemal wszelkie w kwestii życia towarzyskiego, para zostaje jednocześnie pozbawiona naturalnego wsparcia ze strony krewnych i wspólnoty, które niegdyś rekompensowało mniejszy zakres prywatności. Czym wspólnota nie może sterować, tym zazwyczaj przestaje się interesować. W dzisiejszym społeczeństwie wielu ludzi jest samotnych i słusznie wyczuwa, że nikogo to nie obchodzi.
- Wiele wskazuje na to, że nadmierne zamknięcie męża i żony we własnym gronie, przy zbyt rzadkich, mało bliskich i pozbawionych spontaniczności kontaktach z innymi dorosłymi, jest stanem niestabilnym, który z trudem opiera się własnym brakom. Ogromna i wciąż rosnąca liczba dowodów sugeruje, że sam ten ideał jest z gruntu wadliwy. (...) Stany Zjednoczone przodują wśród uprzemysłowionych krajów świata ze wskaźnikiem rozwodów, który podwoił się od 1960 roku. Rozpad oficjalnie usankcjonowanego „bycia razem” następuje z taką częstotliwością, że pewien obserwator mógł – zgodnie z prawdą, choć nieco żartobliwie – stwierdzić, iż wkładem Ameryki w instytucję małżeństwa jest rozwód. Istotnie, niepowodzenia małżeńskie w naszym społeczeństwie stały się tak powszechne, że sprawiają wrażenie normy. W związku z tym wielu ekspertów woli dziś nazywać rozwód rozwiązaniem, a nie problemem, i postrzegać go nie jako dezorganizację relacji osobistych i małżeńskich, lecz jako „reorganizację rodziny”.
- Przynależność do trzeciego miejsca zmniejsza niebezpieczną izolację współczesnego małżeństwa – zjawisko, które zmarła Margaret Mead opisała niegdyś następująco: "Każdy ze współmałżonków ma być dla drugiego wszystkim. Mają być dobrzy w łóżku i poza nim. Kobiety mają być wspaniałymi kucharkami, dobrymi matkami, wzorowymi żonami, świetnymi narciarkami, błyskotliwymi rozmówczyniami i sprawnymi księgowymi. Żadne z nich nie powinno szukać oparcia u nikogo innego." Regularne spotkania z sympatycznymi ludźmi w swobodnej atmosferze zdejmują z małżonków presję opisaną przez Mead. Trzecie miejsce wnosi istotny wkład w ogólne zadowolenie jednostki z życia; zadowoleni ludzie raczej nie destabilizują, a tym bardziej nie niszczą swoich podstawowych związków. Ci, którzy wiodą pełniejsze życie, oczekują mniej od małżeństwa i czerpią z niego więcej radości.
- Integracja płciowa w trzecich miejscach ma swoje granice. Wpuszczenie, a nawet serdeczne powitanie obu płci w lokalu rzadko oznacza rzeczywistą integrację płciową.
Ogólnie Oldenburg zdaje się sceptycznie podchodzić do integracji między mężczyznami a kobietami w miejscach trzecich. Nawet jeśli gromadzą się razem to często są oddzielnie. Jest to jednak spojrzenie na miejsca trzecie funkcjonujące 40 lat temu. W przypadku miejsc trzecich tworzonych dziś grunt może być zupełnie inne. Choć niektóre schematy z pewnością są uniwersalne. Oldenburg np. zauważa, że zupełnie inaczej ludzie zachowują się, gdy są sami, a gdy są z małżonkiem.
- Spostrzegawczy ludzie często dostrzegają różnicę w zachowaniu przyjaciół lub znajomych w zależności od tego, czy ich współmałżonek jest obecny, czy nie. Bywają wręcz uderzeni cudowną przemianą, jaka zachodzi pod nieobecność partnera. Mąż może uważać żonę – wraz ze wszystkimi innymi kobietami – za „głupiutką” lub „dziecinną”. Może być przesadnie drażliwy i na każde jej słowo reagować zaczepnie. Może zasypywać ją nieustanną krytyką, próbując w ten sposób podbudować własną samoocenę. Kobiety z kolei często wydają się przesadnie przejęte tym, jakie wrażenie w towarzystwie robią ich mężowie. Poprawiają ich, usprawiedliwiają lub przepraszają za ich potknięcia; potrafią krytycznym uchem monitorować każde słowo wypowiadane przez partnera. Mężczyzna w średnim wieku bywa znany ze swej bierności w obliczu tej formy opresji. Gdy żona jest w pobliżu, nawet nie próbuje być dowcipny, interesujący ani dobrze się bawić. Przytakuje tylko i czeka na lepsze czasy. Dla takich mężczyzn trzecie miejsce z dala od kobiety i jej chronicznej dezaprobaty bywa podwójnie cenne.
Rozdział 13 poświęcony jest młodzieży.
- „Teraz czasy są inne” – wmawiamy sobie i bez wątpienia tak jest. Wbiliśmy wiele klinów między młodzież a dorosłych. Wyprowadziliśmy już szkoły z sąsiedztwa, zaostrzyliśmy przepisy dotyczące pracy nieletnich daleko poza granice ochrony dzieci i odrzuciliśmy programy przyuczenia do zawodu, które doskonale sprawdzają się w innych społeczeństwach. W nowszych czasach w 999 na 1000 domów zainstalowano telewizor i znaczna część czasu, który rodzice i dzieci spędzali dawniej razem, została bezpowrotnie pochłonięta przez szklany ekran. Warunki zatrudnienia, które skutecznie wyeliminowały tatę z roli wychowawczej, objęły teraz także mamę, nie uwzględniając przy tym jej obowiązków macierzyńskich. Wszechobecne przepisy dotyczące podziału na strefy oraz kiepskie planowanie przestrzenne wyrugowały z nowych osiedli miejsca, w których młodzi i dorośli spotykali się niegdyś często, swobodnie i nieformalnie. Wygnanie młodzieży ze świata dorosłych wciąż postępuje w szybkim tempie, jak gdyby procesu tego nie dało się w żaden sposób odwrócić.
- Rodzina przestaje pełnić funkcję od dawna z nią wiązaną – funkcję włączania młodszych członków w krąg licznych przyjaciół, krewnych i sąsiadów, którzy stanowili niegdyś część świata dziecka i wnosili wielki wkład w jego rozwój. Dzisiejszym dziedzictwem przekazywanym młodzieży jest izolacja. Amerykańskie dziecko spędza znacznie mniej czasu z prawdziwymi ludźmi, a znacznie więcej przed telewizorem, słuchając muzyki ze sprzętu stereo i rozmawiając przez telefon. [Oldenburg pisał to w latach 80-tych, dziś jest to podniesione do kwadratu]
- To, co niegdyś było otwartym, integrującym, dostępnym o każdej porze i zdrowym miejscem spotkań młodych, przekształciło się w coś zupełnie innego. (...) Obiekt zaczął przypominać typowy dom kultury – instytucję z gruntu fałszywie nazwaną we współczesnym społeczeństwie – zamkniętą na cztery spusty przed młodzieżą mającą nadmiar wolnego czasu i brak jakiegokolwiek atrakcyjnego miejsca, by go spędzić.
- Zauważono niegdyś, że amerykańska klasa średnia nie wniesie wielkiego wkładu w muzykę, sztukę ani literaturę; że jej jedynym talentem jest talent do organizacji. Dziś widać, że jedna z najgłębszych i najbardziej radykalnych zmian w życiu dzieci w tym kraju wynika z wtargnięcia tego wątpliwego talentu dorosłych w całe spektrum aktywności młodzieży. Organizatorzy i twórcy grafików atakują świat dziecka z agresją i rozmachem grożącym całkowitym unicestwieniem dzieciństwa. Dziecięce zabawy niemal w całości przekształcono już w zdominowane przez dorosłych „sporty dziecięce”. Nie powinno dziwić, że ofiarą tego padły również spontaniczne młodzieżowe miejsca spotkań. Nastała era „dziecka organizacji”, jak określił je magazyn Time. „Od chwili, gdy w wieku trzech lat trafia do przedszkola – zauważa Norman Lobsenz – życie dziecka jest ściśle zaplanowane na kolejne piętnaście lat. Chłopcy i dziewczęta wędrują z powagą z lekcji tańca na judo, ze szkółki pływackiej do szkółki jeździeckiej, wykonując wszystkie te czynności, które powinny być przyjemnością, w ramach rygorystycznej, wyrobniczej rutyny”.
- Przekonanie, że szkoły stworzono przede wszystkim z myślą o młodzieży, nie jest jedynym mitem otaczającym izolację młodych. Inne miejsca tworzy się „specjalnie dla dzieci”, choć główną motywacją pozostaje usunięcie ich z przestrzeni, w których dorośli nie życzą sobie ich obecności. Większość z nich nadal powstaje pomimo kolosalnego odsetka porażek i faktu, że ich domniemani użytkownicy (dzieci) wcale ich nie chcą. Przykłady można mnożyć we wszystkich zachodnich miastach przemysłowych.
I tak oto dotarliśmy do rozdziału 14 pt. "W kierunku lepszych czasów… i miejsc".
- Jednym z najbardziej komicznych i błędnych określeń współczesnego społeczeństwa amerykańskiego jest nazywanie go „kulturą wygody”. Wygoda jest nieustannym motywem w naszym życiu i w przekazach reklamowych tylko dlatego, że istnieje na nią tak rozpaczliwe zapotrzebowanie. Lecz tylko myląc błahe udogodnienia z wygodą elementarną, mogliśmy ulec takiemu złudzeniu. W prawdziwej kulturze wygody to, co niezbędne do życia, znajduje się tuż obok miejsca zamieszkania – w zasięgu krótkiego spaceru. W prawdziwej kulturze wygody goście z Europy nie powtarzaliby, jak czynią to u nas: „Mój Boże, u was do wszystkiego trzeba wsiadać w samochód!”.
- Zwykłego dnia ludzie mający przywilej posiadania w sąsiedztwie porządnej tawerny mogą spędzić znacznie lepszy „wieczór towarzyski”, niż pracownicy biurowi są w stanie zorganizować po miesiącu planowania.
- Większość ludzi – zwłaszcza tych odciętych od życia wspólnotowego – cierpi na to, co niektórzy psycholodzy nazywają błędem poznawczym. Chodzi o to, że w swej niewiedzy jednostka uważa, iż doskonale zna wszystkie swoje potrzeby i wie, jak je zaspokoić. To nieprawda. Życie toczące się pośród różnorodnych ludzi w naturalnym, nieformalnym siedlisku dostarcza człowiekowi wiele z tego, czego potrzebuje, bez konieczności uświadamiania sobie tego faktu.
- Odcięci od grup pierwotnych, które wspierały ich przodków i dawały im poczucie tożsamości, rzesze Amerykanów szukają kogoś, kto powie im, kim są lub kim powinni być. W zależności od zasobności portfela i stopnia wyrobienia zapisują się na kursy obiecujące rozwój „osobowości” lub rozpoczynają terapię. Większość jednak szuka akceptowalnej etykietki lub recepty na zdobycie władzy nad innymi, zamiast dążyć do poznania samych siebie.
- Warto zachęcać jednostkę do brania odpowiedzialności za własne życie i udzielać jej odpowiednich rad. Lecz niedźwiedzią przysługą jest wmawianie, że szczęście, zadowolenie czy udane życie leżą całkowicie w zasięgu indywidualnych zabiegów psychicznych i manipulacji społecznych. Naiwnością jest wiara, że nasz dobrostan czy zadowolenie z życia są niezależne od losu naszych sąsiadów czy współpracowników. Wśród istot z natury społecznych, których kondycja zależy głęboko od jakości życia grupy, dobrostan jednostki ma swoje nieprzekraczalne granice. Nawoływanie do indywidualnego dobrostanu z taką siłą i w takim kierunku, jak to obserwujemy dzisiaj, świadczy o braku dobrostanu zbiorowego, lecz w niczym go nie zastąpi.
- Doświadczenia pojawiają się w miejscach, które im sprzyjają, albo nie pojawiają się wcale. Gdy znikają określone rodzaje przestrzeni, znikają wraz z nimi określone doświadczenia. Podobnie bogactwo przeżyć może zostać drastycznie okrojone przez ubogie siedlisko. Pomyślałem o tym kilka lat temu, gdy modny stał się naszyjnik modułowy do samodzielnego komponowania. Kobieta kupowała łańcuszek i w miarę możliwości finansowych dokupowała do niego dość drogie koraliki wedle własnego gustu. Widywałem wówczas wiele naszyjników z zaledwie kilkoma koralikami. Mniej więcej w tym samym czasie natknąłem się w lekturze na metaforę dotyczącą treści codziennego życia: czyjeś życie – pisał autor – buduje się poprzez nawlekanie na sznurek owych sytuacji i przestrzeni, do których wraca się każdego dnia. Owe zawstydzająco nieliczne koraliki na wielu szyjach wydały mi się symbolem ubóstwa miejsc, jakie współczesny mieszkaniec miasta odwiedza na co dzień. Pomyślałem także, jak wiele „koralików” codziennych doświadczeń mieli na swoim naszyjniku dawni mieszkańcy małych miasteczek w porównaniu ze swoimi odpowiednikami z uzależnionych od aut przedmieść. Przeciętnego Amerykanina nuda dopada dziś znacznie częściej: na łańcuszku jego codziennych doświadczeń wisi po prostu zbyt mało koralików.
- Zapytałem słuchaczy, czy Amerykanie mieszkający na przedmieściach mają swobodę włożenia swetra wczesnym wieczorem i odwiedzenia znajomych w osiedlowej tawernie. Z sali padło gromkie „tak”. Zapytałem, czy młodsze dzieci mogą pójść z monetami w dłoni do narożnego sklepiku i wybrać sobie gumę do żucia, słodycze albo komiks. Kolejne gromkie „tak”. Na koniec zapytałem, czy starsza młodzież może po szkole wpaść do lodziarni na koktajl mleczny. „Tak” – brzmiała odpowiedź publiczności, która zdawała się znacznie lepiej zorientowana w amerykańskich wolnościach niż w amerykańskim środowisku przestrzennym. Miałem nadzieję, że ktoś z obecnych uświadomi sobie, iż żaden z tych ludzi nie może pójść do miejsca, którego po prostu nie ma, ani przeżyć doświadczenia, które przestało być możliwe.
No i to by było na tyle. Oldenburg przeczytany od deski do deski. Mam kilka spostrzeżeń, ale spiszę je w odpowiednim czasie w osobnym artykule.



