
Rozdział 4 zakończył część 1 książki. Część 2 poświęcona jest różnym przykładom miejsc trzecich. Oldenburg rozpoczyna od niemieckich ogródków piwnych. Mimo iż rozdział 5 zdominowany jest przez kwestię alkoholu to jest w nim kilka ciekawych myśli.
- Niemieccy imigranci dobrze rozumieli, że nieformalne publiczne miejsca spotkań są zbyt ważne dla życia społeczności, by paraliżować je wygórowanymi cenami.
- Uporządkowane zachowanie i minimalne wydatki miały kluczowe znaczenie dla ostatecznej inkluzywności i otwartości ogrodów piwnych. Każdy musiał mieć możliwość uczestnictwa, by miejsca te nie chybiły swojego celu. Ogrody piwne były otworem również dla dzieci, kobiet i osób pochodzenia innego niż niemieckie, a o klasach społecznych w dużej mierze zapominano.
- Inkluzywny czy też „niwelujący różnice” charakter ogólny ogrodów piwnych był najbardziej widoczny w bardziej pałacowych lokalach. Holmes przedstawia opis światowej sławy Schlitz Palm Garden, najbardziej godnego uwagi z krytych „palmiarnianych” ogrodów. Szczycąc się wysokimi, sklepionymi sufitami, witrażami, bogatymi obrazami olejnymi, organami piszczałkowymi i bujnymi palmami na całym obszarze, on również był „klubem ubogiego człowieka”. Polityką lokalu było sprawianie, by ubodzy czuli się równie mile widziani jak bogaci; różnice społeczne nie dały się pogodzić z Gemütlichkeit. [warto zauważyć, że pałacowy lokal akurat stoi w sprzeczności z tym co Oldenburg pisał o prostocie wystroju]
- Mieszanie się narodowości, obecność kobiet, współprzebywanie bogatych i ubogich oraz częste przypadki, w których trzy pokolenia bawiły się razem w tym samym czasie i w tym samym miejscu — to były najbardziej uderzające oznaki inkluzywności. Istnieją jednak inne wymiary inkluzywności, a obejmują one dostępność publicznych miejsc spotkań oraz ogólną częstotliwość korzystania z nich.
- Żydzi byli konsekwentnymi antyasymilatorami, a Grecy ograniczali publiczne życie towarzyskie głównie do własnych kawiarni. Skandynawowie, Włosi i Polacy obsługiwali swoich własnych rodaków i tylko Irlandczycy oraz Niemcy wyłonili się jako „uniwersaliści”, wraz z niektórymi starszymi Amerykanami niepolegającymi już na więziach etnicznych. Różnica między irlandzkim barem a niemieckim ogrodem piwnym jako punktami centralnymi publicznych zgromadzeń i międzyetnicznego mieszania się była jednak niemal dosłownie różnicą między dniem a nocą. Podczas gdy „irlandzki bar miał tendencję do bycia słabo oświetlonym, oświetlenie w niemieckim lokalu było tak jasne jak światło dzienne”, a „niemiecki saloon był w takim samym stopniu instytucją rodzinną, w jakim irlandzki bar był światem mężczyzn”. Choć kobiety bez męskiego towarzystwa nie były mile widziane w niemieckich lokalach, cała rodzina — wraz z dziećmi — była jak najbardziej pożądana.
- Niemiecko-amerykański ogród piwny reprezentuje model par excellence trzeciego miejsca. Był fundamentem dla nieformalnego i wszechstronnego uczestnictwa społecznego, z którego rodziły się przyjaźnie i dopasowywały zainteresowania. Ci, którzy przychodzili spotykać się i poznawać w radosnej nieformalności ogrodów piwnych, tworzyli następnie kółka teatralne, towarzystwa gimnastyczne (Turnverein), koła dyskusyjne, grupy śpiewacze, kluby strzeleckie, straże obywatelskie, ochotnicze straże pożarne, bractwa i stowarzyszenia dedykowane kulturze społecznej. Był to fundament społeczności.
Kolejny rozdział poświęcony jest głównej ulicy, czyli de facto grupie miejsc trzecich w przeszłych czasach. W kontekście KBK nie wnosi to zbyt wiele, ale i tak wynotowałem sobie co ciekawsze myśli.
- Z czterdziestu lokali komercyjnych wzdłuż Main Street dziewiętnaście regularnie zachęcało do spędzania czasu i przesiadywania. Główne biura i najchętniej uczęszczane sklepy spożywcze stanowiły tu zasadniczy wyjątek od ogólnej atmosfery łączącej towarzyskość z biznesem. River Park było więc społecznością, w której oficjalnie wyznaczony ośrodek społeczny po prostu nie był do niczego potrzebny. Nawet brak bilardu, kina czy kręgielni nie skutkował prawdziwym poczuciem jakiegokolwiek braku i nie powodował żadnych działań ze strony mieszkańców mających na celu zapewnienie sobie takich miejsc rozrywki. Ludzie z River Park, przynajmniej do 1940 roku, zachowali umiejętność rozśmieszania i bawienia się nawzajem bez większej potrzeby szukania skomercjalizowanych rozrywek.
- Pewna korespondentka, która znała podobne miejsce w Ohio, błagała mnie o poświęcenie temu zagadnieniu osobnego rozdziału. Podała nawet tytuł: „Pochwała osiedlowych drogerii — tych dawnych z barami bez alkoholu”. Opisała, co to miejsce dla niej znaczyło: „Wychowałam się w Ohio, w małym uprzemysłowionym miasteczku tuż pod Akron; urodziłam się w 1933 roku. Zanim jeszcze poszłam do szkoły, mój tata zabierał mnie ze sobą na swój cotygodniowy wieczorny spacer »na róg« na colę. To był rytuał. Z biegiem lat właściciele się zmieniali (...) ale bar z napojami pozostawał. Służył jako miejsce spotkań dla mężczyzn z sąsiedztwa, którzy nie przesiadywali w barze po drugiej stronie ulicy. Kobiety z okolicy przychodziły, robiły zakupy i wychodziły. Mężczyźni zbierali się, by porozmawiać. Ja byłam zazwyczaj jedynym dzieckiem, siedzącym na wysokim stołku, sączącym colę wiśniową lub cytrynową, szczęśliwym, że jestem tam z tatą. Jako dorosła osoba często spoglądałam wstecz na ten »róg« jako na silną siłę kształtującą moje życie. Nie mam całkowitej pewności, ale wierzę, że to właśnie tam bardzo wcześnie zdałam sobie sprawę, iż świat jest znacznie szerszy niż Barkerton w Ohio; że istnieje rząd miejski, stanowy i federalny; że to, co dzieje się w rządzie, wpływa na życie ludzi, i że ludzie uczestniczą w rządzeniu. Przypuszczam, że to te wszystkie rozmowy posłyszane w drogerii sprawiły, iż poczułam się swobodnie w dyskusjach o ideach oraz sprawnie poruszałam się zarówno w »męskich rozmowach«, jak i w »kobiecych rozmowach« przy kuchennych stołach w sąsiedztwie. Przypuszczam, że to właśnie »na rogu« zapuściły korzenie moje zainteresowania polityką, ekonomią i filozofią (z których żadna nie była częścią domowego świata), a które stanowiły rdzeń tego trzeciego miejsca.
- Mężczyzna narzekał, że młodzież w jego miasteczku to „banda niewdzięczników”. Nie doceniali specjalnego miejsca spotkań, które niedawno dla nich wybudowano. Wysłuchawszy jego żali, zadałem mu dwa pytania: Czy to miejsce znajduje się w samym centrum miasta — w samym środku wydarzeń? Oraz: „Czy dorośli też tam chodzą?”. W obu przypadkach odpowiedź brzmiała: nie.
- Przeważająca większość osób odwiedzających miejsca przy Main Street z myślą o towarzystwie, robiła to w pojedynkę. Jest to cecha, której współczesne społeczności nie potrafią osiągnąć i której tak bardzo brakuje we współczesnym życiu. Ci, którzy znaleźli miejsce, gdzie mogą wpaść jako samotne jednostki i zastać czekające na nich towarzystwo oraz braterstwo, są w istocie równie rzadcy, co szczęśliwi. Większość z nas musi iść dokądś ze znajomymi, aby mieć z kim porozmawiać po dotarciu na miejsce. Musimy planować, umawiać się, próbować ustalić stały czas oraz stałe miejsce, aby zorganizować jakiekolwiek relacje w ramach trzeciego miejsca, jakich możemy się domagać. W małych miasteczkach, takich jak River Park, zanim rozrywka domowa i szybkie drogi zabrały ludzi lub zatrzymały ich gdzie indziej, samotna jednostka mogła znaleźć towarzystwo i rozrywkę właściwie bez wysiłku.




